14 lipca 2013

42. Szkarłat i zieleń

Do you bring today happiness?
Or the ray may run to words the lie?
Spread your wings so that
I would feel a piece of heaven
S p r e a d    y o u r     w i n g s    s o    t h a t
I    w o u l d     f e e l    n o     p a i n    w h e n    I    d i e

~*~

     Mijały dni. Dni przeobrażały się w tygodnie, a tygodnie w miesiące. Nim się spostrzegłam, minął już okrągły rok, odkąd osiedliśmy w Marmurowym Aniele. Rok spokoju, jak i strachu, szczęścia i bólu, słodkości i goryczy – zawsze wśród przeciwieństw i sprzeczności.
     Lato było gorące i przepiękne w uroczej scenerii Pirenejów. Zakochałam się w krajobrazie słońca obsypującego promieniami najwyższe szczyty gór. W snach i wyobraźni wszystkie szlaki już dawno zdobyliśmy razem z Malfoyem, ale rzeczywistość znacznie różniła się od scen w mojej głowie. Żyliśmy w szklanej bańce. Wszystko było piękne, ale niedostępne.
     Bardzo przeżyłam pierwszy września, wspominając każdą poprzednią podróż do Hogwartu. Zastanawiałam się, jak wiele zmian zaszło w moim życiu od czasu, gdy ostatni raz wsiadłam do ekspresu Londyn – Hogwart na peronie 9 i ¾. Wiedziałam, że nic nie było już takie, jak dawniej, że w pociągu nie ma Harry’ego ani Rona, i nawet gdybym nie uciekła – mnie też by w nim nie było. Ale z pewnością do szkoły powracali inni moi przyjaciele. Ginny. Neville. Luna. Dean i Seamus, Parvati i Lavender, wszyscy Gryfoni. Pod ciężarem tych wszystkich myśli świadomość mojego szczęścia i spokoju stawała się nie do zniesienia.
     Podczas świąt Bożego Narodzenia uparłam się, żeby w salonie Anioła stanęła choinka. Draco przyjął moje żądanie z charakterystyczną dla siebie obojętnością, mówiąc, że nie ma dobrych wspomnień z tego okresu z rodzinnego domu. Ale ja miałam i z tego powodu włożyłam całe serce w to, by posępny dworek Silvermanów chociaż na te kilka dni stał się magiczny i przyjazny. Udekorowałam ozdobami salon i cały hol, zadbałam o symboliczne prezenty pod drzewkiem i cały czas podśpiewywałam pod nosem kolędy.
     Ale to nie wystarczyło, by tchnąć ducha w tą posiadłość. Marmurowy Anioł wciąż pozostawał taki sam, pusty, tajemniczy i milczący.
     Ester Silverman i Blaise Zabini odwiedzali nas często. Z Dziewczyną w Czerwonej Pelerynie nie miałam dobrego kontaktu. Odnosiłyśmy się do siebie oficjalnie i rozmawiałyśmy tylko o poszukiwaniach horkruksów przez Harry’ego. Dowiedziałam się, że razem z Ronem przez jakiś czas mieszkali przy Grimmauld Place 12, odkryli, kim jest tajemniczy „R.A.B.”, i że z drobną, anonimową pomocą Ester włamali się do Ministerstwa Magii, by zdobyć medalion Salazara Slytherina, który okazał się kolejną częścią duszy Voldemorta. Ale potem musieli opuścić dawną Kwaterę Główną Zakonu Feniksa i od tego czasu przemieszczają się z miejsca na miejsca, szukając dalej.
     Poprawiły się za to moje relacje z Blaise’em Zabinim. Wydawało mi się, że Ślizgon w niektórych momentach współczuje mi życia w zamknięciu, w odcięciu od świata. Udawałam, że tego nie widzę – to była moja decyzja, i pomimo wszystkiego ciągle wierzyłam, że była dobra. Blaise dzielił się ze mną informacjami z Anglii. Stąd dowiedziałam się o rzekomej groszopryszczce Rona i o poszukiwaniu mnie przez Ministerstwo Magii w celu przesłuchania w sprawie czystości krwi. Szukali również Harry’ego, podejrzewając go o udział w śmierci Albusa Dumbledore’a. Ale we wrześniu Zabini wrócił do Hogwartu i odwiedził nas dopiero w grudniu, w czasie świątecznej przerwy. Powiedział wtedy, że to nie jest już ta sama szkoła i nawet jego obrzydza sposób, w jaki dwóch nauczycieli – rodzeństwo Carrow, śmierciożercy – traktują sprzeciwiających im się uczniów. Słuchając o mężnych wyczynach Gryfonów, w szczególności Neville’a, czy o reaktywowanej Gwardii Dumbledore’a, czułam się jeszcze gorzej. To boleśnie przypominało mi, gdzie powinnam być – albo gdzie nie powinnam.
     Tak było cały czas. Chwile szczęścia przeplatały się ze zwątpieniem, goryczą i bezsilnością. Każdego kolejnego dnia uświadamiałam sobie, jak bardzo kocham człowieka, z którym żyłam, i jak bardzo mi na nim zależało. Miłość była usprawiedliwieniem wszystkiego, całej krzywdy i cierpień, których przysporzyliśmy światu.
     Ale z czasem zaczęła dokuczać nam samotność, najgorsza choroba ludzkości. Coraz mniej było pozytywnych myśli i obrazów, coraz rzadziej świeciło słońce. Draco nigdy o tym nie mówił, ale doskonale wiedziałam, że czuje dokładnie to samo. Przez te długie miesiące dobrze go poznałam, nauczyłam się rozpoznawać jego uśmiechy i właściwie interpretować jego znaczące spojrzenia – przynajmniej te, które pozbawione były pustki i obojętności.
     Oboje czuliśmy, że potrzebujemy czegoś, co zdejmie z nas zły urok i przywróci radość życia. Ale ja wiedziałam, że nie możemy wyrwać się z murów Marmurowego Anioła chociażby na chwilę. Ester przyniosła kiedyś wiadomość, że nawet tutaj, we Francji, zaczęli pojawiać się śmierciożercy. Nikt jednak nie wiedział skąd się wzięli i czego chcieli.
     Aż pewnego dnia, pod koniec marca 1998 roku, kiedy spacerowałam po rozległych ogrodach Anioła obserwując odradzającą się po zimie przyrodę, znalazł mnie Draco. Od razu zauważyłam, że coś się w nim zmieniło – wydawał się promieniować radością i uśmiechał się ciepło, pięknie. Od wielu miesięcy nie dane mi było widzieć takiego uśmiechu.
 - Czy zechce pani, panno Granger, towarzyszyć mi podczas balu? – zapytał uroczyście, z przesadną kokieterią, kłaniając się jak prawdziwy dżentelmen.
 - Balu? – zdziwiłam się. – Jakiego balu? Gdzie?
     Uroczysty bal miał odbyć tutaj, w Marmurowym Aniele, pod osłoną nocy. Ester nie była zadowolona z tego pomysłu. Wiązało się to ze ściągnięciem Zaklęcia Fideliusa z posiadłości na kilkanaście godzin, zastąpienia go innymi, dużo słabszymi czarami. Ja nie dbałam o to, a Draco długo musiał ją przekonywać, nim uległam naszym zachciankom. Postawiła tylko jeden warunek – gośćmi uroczystości mieli być tylko mugole. Żadnych czarodziejów.
     Byłam tak spragniona towarzystwa innych ludzi, że nie miało to dla mnie znaczenia. Już następnego dnia zaczęliśmy przygotowania: rozesłaliśmy zaproszenia do mieszkańców najbliższych miast i miasteczek, zaplanowaliśmy menu i wytyczyliśmy poszczególne miejsca dla gości w dworku Silvermanów. Świetnie się przy tym bawiliśmy i kiedy oboje mieliśmy jakiś cel – choćby był nim zwykły, nic nie znaczący bal – od razu poczuliśmy się lepiej.
     W dzień wydarzenia od samego rana rozsadzała mnie energia i euforia. Było dużo pracy, należało dopiąć na ostatni guzik wszelkie sprawy związane z wieczorną uroczystością. W południe odwiedziła nas Ester. Zachowywała się oficjalnie i wyraźnie nie była zachwycona całym tym wariactwem.
 - Zaklęcie Fideliusa przestanie działać o szóstej wieczorem – powiedziała, skupiając się na samych konkretach. – Wtedy zaczną działać inne czary: tylko wybrane osoby będą mogły ujrzeć Anioła i przekroczyć jego granice. Kiedy wrócę tu rano, powrócimy do wyjściowego stanu rzeczy. Nie ufam takim błahym, prostym i powszechnym zaklęciom.
     Draco uspokoił ją, że nic się nie wydarzy, a ja byłam w tak dobrym nastroju, że uśmiechnęłam się do niej i zapytałam, czy nie ma ochoty uczestniczyć w balu.
 - Nie, Hermiono – odpowiedziała. – Raczej nie lubię takich imprez.
     Przygotowania do uroczystości zajęły mi dużo czasu. Każda, nawet najdrobniejsza, wykonywana rzecz sprawiała mi ogromną radość. Ze swojego pokoju na piętrze podziwiałam wspaniale przystrojony ogród, gdzie skrzaty domowe dokonywały ostatnich poprawek. Wraz z wybiciem szóstej wieczorem, mieliśmy skończyć także z magią.
     Tuż przed siódmą, kiedy w Marmurowym Aniele rozbrzmiały pierwsze takty muzyki, a z dołu dało się już słyszeć odgłosy pojedynczych rozmów, stałam przed dużym lustrem, przyglądając się swojemu odbiciu. Nie przypominałam w niczym swojej powszechnej, utartej wersji. Rozczochrane na co dzień włosy upięłam w ciasny kok, wypuszczając po bokach tylko kilka cienkich kosmyków, policzki miałam uroczo zaróżowione, a usta kusząco czerwone. Największe wrażenie robiła suknia: długa, kremowa, wykonana z materiału tak cienkiego, że zdawała się ciągle lekko falować smagana delikatnym ruchem powietrza. Na rękach miałam długie, białe rękawiczki za łokcie, a szyję zdobił błyszczący naszyjnik wykonany z diamentów, który otrzymałam od Malfoya kilka dni przed balem.
     Pragnąc z całych sił, by ta jedna noc trwała w nieskończoność, ruszyłam do drzwi.
     Draco czekał na mnie na dole schodów, w holu, witając pojawiających się gości. Wziął do siebie słowa Ester i ze zdziwieniem spostrzegłam, że wyglądał normalnie, jak mugol. Nie miał na sobie odświętnej szaty czarodzieja, jak kilka lat temu, podczas balu w Hogwarcie, który był nieodłącznym elementem Turnieju Trójmagicznego. Ubrany był w czarny, elegancki garnitur i białą koszulę, którą pod szyją ściskał ciemnoszary krawat. Pomimo pozornej zwykłości, miał w sobie coś niezwykłego, co wyróżniało go spośród tłumu, co przyciągało spojrzenia. Zawsze te sprzeczności, pomyślałam z uśmiechem.
     Kiedy się odwrócił i na mnie spojrzał, zamarł na moment. Pokonywałam ostrożnie każdy stopień, uważając, żeby nie potknąć się na długiej sukni. Gdy byłam już blisko parteru, Ślizgon skłonił się lekko i wyciągnął do mnie dłoń, którą z radością chwyciłam. Następnie ucałował mnie w rękę, a ja miałam wrażenie, że śnię i chciałam błagać, by nikt już nigdy mnie nie budził, nie wyprowadził z tej idyllicznej krainy szczęścia.
 - Wyglądasz… wspaniale – powiedział, z trudem dobierając słowa.
 - Dziękuję. – Zaśmiałam się. – Czy zechce pan, panie Malfoy, oprowadzić mnie po tym uroczym dworku? – zapytałam teatralnie, próbując nieudolnie ukryć uśmiech.
 - Cała przyjemność po mojej stronie – odparł, przejmując pałeczkę.
     Marmurowy Anioł wreszcie tętnił życiem. Nie był już posępnym i milczącym dworkiem, na który wciąż spadał cień przeszłości; stał się małym centrum świata, który podziwiali i wychwalali uczestnicy balu. Wreszcie pomieszczenia pełne były toczących się rozmów i przyjemnych dla ucha dźwięków muzyki; w jadalni można było spróbować wykwintnych potraw z różnych stron świata, a przestronny salon zamienił się w wygodny parkiet dla par, które bujały się radośnie w takt dźwięków wydawanych przez instrumenty specjalnie ściągniętej na tą okazję orkiestry. Serce i dusza mi rosły, gdy tak przyglądałam się uśmiechom poszczególnych osób, ale najcenniejsza była radość Dracona. Nie sądziłam, że odnajdzie się w towarzystwie ludzi niemagicznych – i chociaż rzeczywiście wyraźnie do nich nie pasował, nie można mu było niczego zarzucić.
 - Dziadek opowiadał mi, że stał tu kiedyś podobny dworek – mówił jakiś młody mężczyzna do damy w czarnej sukni. Nie mógł być stąd, ponieważ używał angielskiego, tylko od czasu do czasu w swoją wypowiedź wplatał francuskie słówka. – Pochodził stąd, dopiero mój ojciec przeprowadził się do Anglii. Ja prowadzę sprzedaż naszego dawnego domu… I wie pani, madame, że z jego opowieści wynikało, że taka wielka posiadłość pewnego dnia po prostu zniknęła z powierzchni ziemi? Ot tak! – Pstryknął palcami i zaśmiał się. – To musiały być zwykłe bajki, a ja się nabierałem, młody i głupi byłem…
 - Excuse moi, je ne comprends pas, monsieur! – odpowiedziała kobieta.
 - Żyją obok i kompletnie nie zdają sobie z tego sprawy – szepnęłam do Dracona, kręcąc głową na boki. – To niesamowite. Dwa różne światy.
     Podniósł ze stolika dwa kieliszki białego wina i podał mi jeden.
 - Nie mógłbym żyć bez magii – stwierdził, po czym upił łyk i prawie natychmiast się skrzywił. – To wino jest ohydne. Chętnie zamieniłbym je na Ognistą Whisky…
 - Żadnych czarów – przypomniałam mu, uśmiechając się.
 - Pamiętam. – Westchnął. – Może masz ochotę zatańczyć? – zaproponował, kiedy orkiestra zaczęła grać nowy utwór. Kiwnęłam ochoczo głową, pozwalając zaprowadzić się na parkiet.
     Draco Malfoy, jako typowy arystokrata z najwyższej półki, był świetnym tancerzem. Wystarczyło pozwolić mu płynąć w takt muzyki i zaufać jego ruchom, by poczuć się jak prawdziwa księżniczka, która znalazła swoje miejsce we wszechświecie. Z łatwością i przyjemnością dotrzymywałam mu kroku, patrząc prosto w jego szare oczy. Wydawał się tak szczęśliwy i spełniony, że i mnie nie było potrzebne nic więcej.
     O dwunastej w nocy był uroczysty toast i pokaz sztucznych ogni, które rozbłysły na czarnym niebie tysiącem barw. Ucieszyłam się, że czar nie prysł wraz z wybiciem północy, niczym w mugolskiej bajce o Kopciuszku, którą czytali mi rodzice. Wraz z Draconem poszliśmy na spacer, przechadzając się wspaniale udekorowanymi ogrodami dworku Silvermanów, aż w końcu usiedliśmy przy fontannie marmurowego anioła, łapiąc chwilę oddechu. Do tego miejsca słabiej dochodziły odgłosy rozmów i dźwięków muzyki, ale wciąż były to melodie miłe dla ucha. Brakowało mi tego. Brakowało mi innych ludzi.
 - Dziękuję ci za ten bal, Draco – powiedziałam, przyglądając się roześmianym damom stojącym na schodach, którym jakiś starszy kawaler właśnie opowiedział dowcip. – Myślę, że ci wszyscy ludzie, którzy się tu dziś zjawili, też tego potrzebowali.
 - Chciałbym, żeby tak mogło być zawsze – odparł niespodziewanie. – Żebyśmy nie musieli żyć, kryjąc się przed całym światem. To na dłuższą metę bardzo męczące…
 - Wiem – przytaknęłam, ściskając jego dłoń. – Ale to się kiedyś skończy, Draco. Zobaczysz.
 - Może masz rację. – Zawiesił na chwilę głos. – A jeśli nie, wyjedziemy stąd. Może do jakiegoś innego kraju, gdzie nikt nas nie będzie szukał. Przecież muszą istnieć miejsca, w których nie dosięgnie nas potęga Czarnego Pana.
     Uśmiechnęłam się blado.
 - Mówiłeś, że nie jesteś pewny, czy kiedykolwiek będziesz w stanie się od niego uwolnić – odezwałam się. Spojrzenie Ślizgona automatycznie spoczęło na lewym przedramieniu, gdzie – jak wiedziałam – miał wypalony Mroczny Znak, symbol przynależności do grona śmierciożerców. Westchnął, lekko przytłoczony tą myślą.
 - Nie każdą przeszłość da się zamazać – powiedział cicho. – Są rzeczy, które będą mnie prześladować do końca życia. Ale to nie znaczy, że nie można próbować z nimi walczyć, albo chociaż osłabić ich działanie. Jeśli wierzę w cokolwiek, to właśnie w to.
     Rozmyślałam chwilę nad sensem jego słów. Zastanawiałam się, jak daleko oboje zaszliśmy i jak wiele zostawiliśmy za plecami. Poświęciliśmy wszystko dla młodzieńczego uczucia, które – patrząc z perspektywy upływającego czasu – mogło się wypalić tak, jak wypala się świeca. Przetrwało. I wiem, że przetrwa wieczność, choć nie mogliśmy wtedy wiedzieć, co planuje dla nas chwiejna przyszłość.
     Położyłam głowę na jego ramieniu. Czułam, całą sobą czułam, że jestem na właściwym miejscu, o właściwej porze i z właściwym człowiekiem. Odnalazłam swoje miejsce na tym świecie – były nim ramiona Dracona Malfoya. Tak, z całego ogromu otaczającego nas wszechświata, ja pragnęłam tylko tej jednej, małej cząstki.
     Być może pragnęłam zbyt wiele.
 - Czasem myślę o tym, jak to wszystko by się potoczyło w innej rzeczywistości – zaczęłam. Gestem poprosił o wyjaśnienie. – Wiesz… gdyby nie było Voldemorta i…
     Moją wypowiedź przerwał donośny huk, jakby ktoś odpalił petardę tuż nad moją głową. W Marmurowym Aniele natychmiast ucichły rozmowy i muzyka: każdy obracał się dookoła, by zidentyfikować źródło dźwięku. Przestraszona, przeniosłam wzrok na Malfoya, czując, jak serce staje mi w miejscu. Jego spojrzenie było ciemne i przerażająco martwe. Cisza, jaka zapadła dookoła, była nie do zniesienia; sekundy upływały niewiarygodnie wolno, ciągnęły się w nieskończoność, a intuicja podpowiadała mi, że zaraz wydarzy się coś strasznego.
     Ten jeden, jedyny raz mogła się pomylić…
     Nie wiem, ile to trwało. Może trzy sekundy, a może trzy godziny. Nienaturalny, mrożący krew w żyłach spokój, który przerwał niespodziewanie znajomy ze świata czarodziejów hałas – dźwięk aportacji. I już w następnym momencie w ogrodzie posiadłości Silvermanów pojawiło się kilkadziesiąt zamaskowanych postaci w czarnych pelerynach – postaci, które tak dobrze znałam, choć przez ostatni rok nie miałam z nimi w ogóle do czynienia.
     Zaklęcia ochronne przestały działać.
     Marmurowego Anioła zaatakowali śmierciożercy.

~*~

     Nim zdążyłam chociażby mrugnąć powiekami, przed moimi oczami rozpętało się piekło.
     Obraz eleganckiego, schludnego dworku zastąpiła chaotyczna mieszanina barw i kolorów. Dookoła śmigały zaklęcia o różnych kształtach i odcieniach, a śmiech i przyjazny dźwięk melodii zastąpiły przerażające, mrożące krew w żyłach krzyki rozdzierające przestrzeń. Być może to właśnie dlatego tamtej nocy gwiazdy nie zaświeciły, a niebo było czarne jak węgiel – jakaś wyższa siła rządząca światem wiedziała, co się wydarzy.
     Przez chwilę nie byłam w stanie ruszyć się z miejsca. Stałam i patrzyłam, jak wnętrze Marmurowego Anioła liżą płomienie, uszy ranił mi odgłos niewinnych ludzi, błagających o litość. Chwilę wcześniej byłam w raju. Teraz stałam w samym środku piekła.
 - Chodź! – Malfoy pociągnął mnie za rękę. Dopiero, gdy rozpoznałam jego głos pośród krzyku tłumu, doszło do mnie, co się dzieje. – Musimy stąd uciekać!
     Uciekać? Znów? I zostawić tych wszystkich ludzi?
     Podciągnęłam sukienkę i chwyciłam za różdżkę, z którą nie rozstawałam się od czasu przybycia do Anioła. Kątem oka zauważyłam, że Ślizgon swoją ma już w ręku. Raz po raz odpierał lecące w naszym kierunku zaklęcia. Czy to możliwe, żeby nikt go jeszcze nie rozpoznał?
     Nagle snop fioletowego światła wystrzelił w naszym kierunku. Draco zareagował, ale jego Zaklęcie Tarczy zdołało tylko lekko nagiąć kierunek czaru. Zaklęcie uderzyło w posąg groźnego anioła, stojącego w środku fontanny; krzyknęłam i odskoczyłam na bok, kiedy biały marmur z głośnym hukiem posypał się dookoła. Niestety w tamtym momencie wysunęłam rękę z dłoni Malfoya. Kiedy nie było go obok, poczułam, jak ogarnia mnie jeszcze większy strach. Jak mieliśmy odnaleźć się pośród tego chaosu i zamieszania?
 - Draco?! – krzyknęłam, ale mój głos zaginął we wrzasku innych ludzi.
     Zaczęłam odsuwać z drogi gruzy, ale Ślizgon zniknął. Gdzie się podział? Nie miałam zamiaru stać bezczynnie i patrzeć, jak dookoła umierają niewinni i bezradni mugole. Ruszyłam przed siebie, strzelając zaklęciami w zamaskowane postacie.
     Wojna nie była moim żywiołem, ale gdy weszłam w wir bitwy, gdy każdą tkankę i komórkę mojego ciała wypełniła adrenalina, strach zszedł na drugi plan. Tylko podświadomość nie dawała mi spokoju: wciąż szukałam dookoła Malfoya, pragnąc tylko zobaczyć, że jest bezpieczny, że nie poległ, że nie został rozpoznany.
     Upływały długie minuty bólu, cierpienia i chaosu, a ratunek znikąd nie napływał. Ile można było czekać na Zakon Feniksa? Kto, jeśli nie oni, mógł obronić tych ludzi?
     Prawda była jeszcze bardziej bolesna.
     Zakon Feniksa nie dotrze do Francji. Nikt nas nie uratuje.
     Ta myśl mnie przygniotła i pozbawiła wszelkiej nadziei. Jeśli nikt nie wie o Marmurowym Aniele, jeśli nikt nam nie pomoże, jesteśmy zgubieni. Niepotrzebne są te wszystkie obronne zaklęcia i czary, bo i tak tej nocy nie uda się ocalić żadnej duszy. Ani zwykłej, ani magicznej. Śmierciożerców było zbyt wielu. Stanęłam pośrodku burzy i opuściłam bezbronnie różdżkę.
     A więc tak miał wyglądać koniec.
     Nie był piękny, nie był taki, jak sobie wyobrażałam. Nie był nawet spokojny, a przecież powinien być – człowiek chociaż u kresu swojej drogi powinien mieć szansę odetchnąć. Przez głowę przechodziły mi różne myśli: że nie żyłam tak, jak bym chciała, że wyrządziłam wiele krzywd ludziom, których kochałam, że byłam egoistką i cholerną egocentryczką. I że nie żałuję niczego. Że gdyby Los się zlitował, postąpiłabym dokładnie tak samo. Nie żal mi było tego, co zostawiłam, ani dróg, którymi nigdy nie zdecydowałam się pójść. Nie płakałam nad chwilami zmarnowanymi w Marmurowym Aniele, nad okrągłym rokiem życia z daleka od prawdziwej rzeczywistości, od świata, do którego należałam, i z którego zrezygnowałam.
     Być może nie miałam oglądać nieba, ale ziemski raj mi wystarczał.
     Cierpiałam tylko dlatego, że w chwili, w której umierałam, nie było obok Malfoya.
 - Protego! – Znajomy głos wyrwał mnie z zadumy.
     Otworzyłam oczy i zobaczyłam przed sobą Ester. Oczy błyszczały jej złowrogo, blond włosy rozsypywały się po czerwonej pelerynie, a różdżka – trzymana pewnie i mocno w prawej dłoni – siała spustoszenie dookoła. I wtedy przypomniałam sobie mój sen sprzed kilku tygodni: w podobnej scenerii, podobnej sytuacji. I też była tam ona – Dziewczyna w Czerwonej Pelerynie. Pamiętam, co wtedy powiedziała: że wszyscy przegramy…
 - Zabij mnie, Ester – powiedziałam do niej.
 - Mam lepsze rzeczy do roboty – odparła. – Weź się w garść!
     Po co? Po co walczyć i się starać, skoro niczym to już nie zaowocuje? Jaki jest sens dalszego życia? Nie chciałam, by moim jedynym towarzyszem został Ból i jak cień towarzyszył mi do ostatniego tchnienia. Świat stracił barwy i nie było już dla niego ratunku. Nie było już nic: ani słońca, ani uśmiechu. Nie było nawet nikogo, kto mógłby temu zaprzeczyć.
     Zielony, śmiercionośny płomień światła zbliżał się dziwnie powoli, jakby ktoś nagle zwolnił upływ czasu. Śledziłam go od początku, był wyraźny, jaskrawy. Widziałam w nim coś optymistycznego, jakby zapowiedź lepszego życia, nie tylko cząstki świata. Był szansą na spokój, na oderwanie się od rzeczywistości, najłatwiejszą drogą do wieczności.
     Stałam i patrzyłam. Wydawało się, że mam dużo czasu. Zaczęłam zastanawiać się, czy umieranie boli.
     Może jest tylko mgnieniem, jedną tysięczną mrugnięcia? Dosięga cię zielona iskra, uderza i po prostu rozpływa się po ciele. Zajmuje miejsce duszy, która ulatuje w przestworza, a to, co materiale, upada na ziemię, nie mając już żadnego znaczenia. Może to trwa zbyt szybko, by odczuć cokolwiek: ból, szczęście, spokój. Może po prostu gaśniesz. Jak zdmuchnięta świeca.
     Usłyszałam, jak ktoś krzyknął moje imię, ale nie było już odwrotu.
     I nagle tuż przede mną pojawiła się ona. Ester Silverman. O ile wcześniej sekundy płynęły zadziwiająco wolno, to teraz czas znacznie przyspieszył swój bieg: kiedy dotarło do mnie zrozumienie, co się dzieje, było już za późno. Strach i niedowierzanie eksplodowały w całym moim ciele, a z gardła wydobył się krzyk, który nic już nie mógł zmienić.
     Zielony płomień trafił ją w sam środek klatki piersiowej.
     Snop światła przez chwilę zdawał się tańczyć w otoczeniu nocy, rozpływając się powoli w powietrzu i kontrastując boleśnie ze szkarłatnym płaszczem Dziewczyny w Czerwonej Pelerynie. Jej zimne oczy patrzyły prosto na mnie, blednąc i gasnąc, aż wreszcie stały się kompletnie puste i martwe, zamglone, otoczone woalem. Na jej idealnych ustach wciąż błąkał się delikatny uśmiech, ale policzki straciły już charakterystyczne rumieńce.
     A potem Ester Silverman upadła na ziemię u moich stóp, martwa.
     Już nigdy nie miała otworzyć oczu.

_________________________
W pierwotnej wersji ten rozdział miał być dwoma krótszymi, ale oto po raz pierwszy od czasu istnienia ENS nie będziecie mogli narzekać, że Dama Kier przedłuża akcję.
Chyba nie mam dziś nic więcej do powiedzenia.

31 komentarzy:

  1. :OOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOO
    Coś Ty zrobiła, Damo Kier! Dlaczego?! :(
    Może nie lubiłam za bardzo Ester, ale zawsze wprowadzała pewne... napięcie. Jejj, podsyciłaś moją ciekawość bardziej, niż kiedykolwiek.

    OdpowiedzUsuń
  2. ESTER??? NIE!! Ona pomagała Draconowi, pomagała Hermionie! Pomagała Harry'emu i Ronowi w poszukiwaniu Horkruksów! Może i nie była idealna, ale też się wycierpiała w swoim życiu. Teraz uratowała Gryfonkę, przypłacając swoim własnym życiem... Ahh, Hermino, moja droga. Żeś się jej nie posłuchała i nie wzięła w garść...
    No nic, pewnie musiało tak się zdarzyć. Jak zaplanowałaś, tak musiało być.
    W takim razie... co teraz z nimi będzie???! Gdzie się podzieją? Gdzie się schowają??
    To właściwie wina naszej kochanej Mionki, że się zjawili Śmierciożercy. To prawda? Ponieważ zaklęcie Fideliusa przestało działać, a ona wypowiedziała imię Czarnego Pana, od razu się zjawili. Kurcze...
    niestety musiało coś takiego się stać... przecież to są ciężkie czasy, a ludzie nieidealni. Popełniają błędy, których potem żałują. Jest jednak za późno by to cofnąć.
    Kocham ENS! Opowiadanie jest przepełnione magią i tajemniczością. WSPANIAŁA historia <3
    (Tak jak Być Huncwotem. Mam nadzieję, że wróci Ci wena i odwiesisz tamtą historię :))

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak to Ester nie żyje ?!
    Teraz to mnie zszokowałaś, no i co się dzieje z Draco?!
    Tak czy inaczej rozdział jest po prostu wspaniały ♥
    http://dramiona-la-fin-de-la-vie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie!!!!! NIE !!!
    Ona musi żyć co się stnie dalej ja musze wiedzieć , biedny Draco,biedna hermiona i.... Ester ;(
    Smutno mi ;(
    ROzdział wspaniały

    OdpowiedzUsuń
  5. Jesteś prawdziwą mistrzynią, Damo Kier: od sielanki do piekła. Niewielu autorów potrafi w ten sposób zbudować fabułę, szczególnie że początek nie zapowiada nadchodzącej katastrofy.
    Krytycy mogą się schować. Ludzie Cię kochają i mają ku temu powody. Chylę czoła.
    [Agnes]

    OdpowiedzUsuń
  6. Wow, nie wiem co powiedzieć. Nie będę pisać czegoś w stylu "czemu Ester" widać masz w m jakiś plan ;) Rozdział CUDO, akcji dużo i zostawilas mnie z niedosytem .... Nie zmienia to faktu, ze jesteś Genialna :D Pozdrowionka kochana i weny dużo, zebys szybko przybyła do nas z nowym rozdziałem :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja pitole !!!
    Maga rozdział !
    Nie spodziewałabym się takiego poświęcenia ze strony Ester.
    troche mi jej szkoda;(
    Co stało się z Malfoyem ??
    I co będzie dalej ?
    czekam z niecierpliwością na kolejny ;]
    ~Anka

    OdpowiedzUsuń
  8. Ten rozdział powalił mnie na kolana i wgniótł w posadzkę... Początek był taki spokojny, uroczy. Strasznie cieszyłam się, że Draco wpadł na pomysł balu, żeby trochę urozmaicić ich życie w Marmurowym Aniele, a to co się stało później... świetnie zbudowałaś to rosnące napięcie! Oczami wyobraźni widziałam ten chaos, który z każdą sekundą stawał się większy. Nadal nie mogę uwierzyć w to, że Ester poświęciła swoje życie, ratując Granger. To było coś, czego bym się po niej nie spodziewała. Wiem, że pomagała jej i Draco, no ale... Właśnie co do Dracona! Mam nadzieję, że nic mu się nie stało, że jest cały i zdrowy i zaraz się znajdzie, uratuje Hermionę i znowu się gdzieś zaszyją! Tyle pytań zrodziło się w mojej głowie po przeczytaniu tego rozdziału. Mam nadzieję, że następny rozdział pomoże mi ułożyć sobie w głowię odpowiedź na część z nich.

    Serdecznie pozdrawiam!

    ~DreamyDevil

    OdpowiedzUsuń
  9. Mój tok myślowy, kiedy Draco wypowiedział pierwszą kwestię, czyli zaprosił Hermionę na bal (w tym momencie zatrzymałem się z lekturą):

    1. Bal, nieodstępna część aŁtoreczkowych fanfików.
    2. Fuck logic, urządź im bal i ograb postacie z jakichkolwiek resztek zdrowego rozsądku, inteligencji, a Hermionkę zamień w trzynastolatkę, która marzy o swoim księciu z bajki i która podnieca się wielkim gestem Draco.
    3. Haha, pościągają fideliusa, na pewno pojawią się śmierciożercy i zabiją znienawidzoną przez Mionkę Ester.
    4. Jak już zabiją Ester, to nie będzie tró laffa, bo Mionka będzie musiała pewnie wrócić do Harry'ego (ale biedna ta Mionka :/).
    5. Nieee, to nie może być aż tak głupie i przewidywalne...

    To był mój DOKŁADNY tok myślenia. W piątym punkcie widać, że naprawdę zwątpiłem - nie sądziłem, że jakiekolwiek opowiadanie z dość dobrym stylem może obrócić się w taką aŁtoreczkową szmirę. A jednak.

    Ale wiesz, czego przynajmniej nie przewidziałem? Że zrobisz z inteligentnej i sprytnej Hermiony głupią i naiwną dziewczynkę (poza tym widać, że leci na kasę), która wypowiedziała imię Voldemorta i ściągnęła na nich wszystkich śmierciożerców.

    Oklaski za to, że jednak mnie zaskoczyłaś ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluje DOKŁADNEGO toku myślenia. Nie mam nic więcej do dodania, kompletnie nic. Sarkazm.

      Usuń
    2. Ogólnie nie masz nic do dodania (jeżeli nie masz argumentow, to nie wiem po co odpisujesz). Xoxox. urażona faneczko ;** <33

      Wyznawca Szatana piszący z komórki.

      Usuń
    3. Hermiona mogła nie wiedzieć o tabu. Harry też długo nie wiedział, dopóki Ron do nich nie wrócić gdzieś w połowie siódmej części.

      Usuń
    4. Rozdział 41 "Zaginiony": "Przypomniałam sobie, jak Ester mówiła kiedyś, że wymawianie imienia Czarnego Pana może nieść za sobą straszne konsekwencje, ale nie dbałam o to."

      Usuń
    5. "Straszne konsekwencje" to nie "To imię jest tabu, nie wypowiadaj, bo łamie zaklęcia ochronne". Bądźmy dokładni, jeśli chcemy się kłócić.
      [Agnes]

      Usuń
    6. Po pierwsze: ja się nie kłócę, ja wyraziłem swoją opinię, a uargumentować bardziej nie muszę, bo już pod jakimiś poprzednimi rozdziałami się ludzie na ten temat wypowiadali. Raczej powinno więc być: "Bądźmy dokładni, jeśli chcemy DYSKUTOWAĆ." Ekhę. Jak ktoś mi sensownie odpisuje, to i ja odpiszę sensownie, a jak ktoś hejtuje (jak pierwszy anonimek), to i ja hejtuję. Odnośnie twojego komentarza:

      To jedynie stawia inteligencję innych postaci pod gigantycznym znakiem zapytania (pomijając to, że wszyscy zachowują się jak skończeni kretyni, ściągając czar fideliusa i rzucając jakieś marne zaklęcia ochronne, tylko po to, by urządzić Mionce bal). W sumie, jak teraz o tym wspomniałem, to nawet cała kreacja świata leży - bo skoro tak bardzo bali się Voldzia, to na pewno nie zapomnieliby wspomnieć Mionce, że nie może wymawiać jego imienia, bo zostało na nie nałożone tabu. Ale co? Mówią jej, że imię Voldzia jest be i że nie ma go wypowiadać (bez żadnych wyjaśnień), w sumie traktują ją jak dzieciaka (czemu się nie dziwię, bo ta Hermiona odznacza się tak wielką niekanoniczną głupotą i naiwnością, że aż boli), któremu nie mówi się nic, byleby dziecko się nie obawiało i martwiło. Wyraźnie tak bardzo nie bali się Voldzia, więc urządzili sobie bal. Już nie mówię nawet o tym, że zrobili głupio, bo narazili siebie na niebezpieczeństwo, ale także byli niesamowicie egoistyczni, bo musieli pozapraszać do siebie niczego winnych mugoli, którzy na pewno też ucierpieli. (Co prawda Mionka w narracji o tym nie wspomina, ale to chyba logiczne, że nawet jeśli śmierciożercy nie celowali w mugoli, to jakieś zaklęcie trafiło w któregoś przypadkiem/odbiło się rykoszetem i go zabiło).

      Tak więc, podsumowując:
      Hermiona +100 do głupoty, +50 do naiwności
      Draco +200 do głupoty

      Usuń
    7. Przybywam uciąć dyskusję, fuck yeah (Dama Kier +10!).
      Wyznawca Szatana (matko ojcze, ale masz przerażający nick - przepraszam za to wtrącenie, ale musiałam) wyraził swoje zdanie, które, oczywiście, szanuję. Każdy ma swoje. Nie można być jak Princessa i smakować wszystkim, prawda? W każdym znajdującym się tu komentarzu jest trochę prawdy.
      Nie będę tłumaczyć się z fabuły, kochani. Zrobię to, kiedy skończę całe opowiadanie (a jednak do końca trochę jeszcze zostało) - wtedy przyjdzie czas na pytania i odpowiem na każde, jakiekolwiek by nie było. Nie chwali się dnia przed zachodem słońca, ale też się go (zbytnio) nie krytykuje - ja ze swojej strony mogę powiedzieć, że mam plan, ten plan realizuje, a czy efekt końcowy będzie dobry - to ocenicie sami, za jakiś czas.
      Póki co, podejmuję ryzyko.

      Dziękuję za wszystkie wypowiedzi - i za krytykę, jak i za poparcie.
      Pozdrawiam wszystkich serdecznie :)

      Usuń
  10. Mam bardzo mieszane uczucia co do tego rozdziału. Szybka się wszystko potoczyło, ten ich czas w Marmurowym Aniele, a później bal i i atak Śmierciożerców. Nie mówię, że to źle, po prosotu czuje jakiś niedosyt. Nie wiem do końca jeszcze dlaczego. Mam też dziwne wrażenie, że zbliżamy się nieubłaganie do końca tej historii. Mogę oczywiście się mylić.
    Zastanawia mnie teraz tylko jedno co z Draco i co z Hermioną?? Co się dalej wydarzy??
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Zostałaś nominowana Liebster Blog Award :) więcej informacji na http://dra-story-love.blogspot.com/ :) Zapraszam do komentowania ;) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, miło mi, ale nie odpowiadam na Liebster Award :)

      Usuń
  12. Droga Damo Kier!
    O Jezuu!
    Ja nie mogę!! Co za rozdział!!NIESAMOWITY!
    Ale mi się ręce trzęsą! MEGA!!!
    Takiej akcji jeszcze nie było od ucieczki bohaterów z Hogwartu. Masakra!
    Ale się potoczyło. Jakoś tak bardzo szybko...Ten rok w Marmurowym Aniele i ten bal...
    I co teraz? Co z Draconem, Hermioną, ESTER???
    Nie mogę uwierzyć, że już jej nie będzie...
    Kocham takie niespodziewane zwroty akcji, a Ty jesteś po prosu mistrzem w ich tworzeniu. <3
    Dobra, nie będę już się tak podniecać...:)
    To co, tradycyjnie życzę weny i z NIECIERPLIWOŚCIĄ czekam na nowy rozdział.
    Serdecznie pozdrawiam,
    Omega

    OdpowiedzUsuń
  13. Wiedziałam, że ten bal tak się skończy! Popieram Wyznawcę Szatana iż motyw Hermiony wymawiającej imię Voldka to skrajna naiwność, ale czekam na next! Ogólnie rozdział cudo!

    OdpowiedzUsuń
  14. Ha podejrzewałam, że ten pomysł z balem to nie do końca trafiony, jeśli o bezpieczeństwo chodzi :P. Ogólnie jednak rzec biorąc bardzo ładna akcja ze Śmierciożercami. Esther co prawda nie kochałam jakoś bardzo, ale że zginęła to trochę szkoda.
    Pozdrawiaam. ;)
    [malfoy-issue]

    OdpowiedzUsuń
  15. Ogólnie rozdział mi się podobał. Chociaż nie wiem, czy ten bal był przejawem rozsądku w sytuacji, kiedy bohaterowie ukrywali się i żyli w strachu przed wciąż czającym się gdzieś poza murami Anioła Voldim. W sumie spodziewałam się, że wydarzy się tam coś złego, to było trochę takie kuszenie losu ze strony bohaterów, podobnie jak wypowiedzenie imienia Voldiego przez Hermionę.
    Ogólnie długo już tam siedzieli i cieszę się, że coś przełamało monotonię, ale sam opis zamieszania wyszedł dość krótki, no i szkoda, że Ester zginęła... Co jak co, ale byłam pewna, że ona nie zginie, a tu jednak. I co teraz zrobi Hermiona? Pewnie będzie musiała dołączyć z powrotem do Harry'ego i Rona i zostawić Malfoya. Tylko czy oni się nie skapną z tej zamiany? Wgl Ester pewnie była różna od Hermiony, to dziwne, że się nie zorientowali wcześniej. No ale też szkoda, że pozbawiłaś Granger rywalki i osoby, za którą nie przepadała.
    Zastanawia mnie, co oni teraz zrobią, bo chyba będą musieli opuścić Anioła?
    Sorry, że taki poplątany komentarz, ale o tej porze nie myślę ;P.

    OdpowiedzUsuń
  16. O rany, ile mnie tu nie było! Ale w koncu wzięłam się w garść i zaczęłam nadrabiać zaległości, pomimo świetnej pogody ;p.
    Ten rozdział jest... boże, ale on był emocjonujący i zaskakujący. Na początku taka sielanka, radość spowodowana planowanym balem, potem sam bal. To naprawdę zdawało się być bajką, dlatego powoli zaczynałam czuć napięcie, te wyczekiwanie na coś złego, bo wiadomo, że taka sielanka długo nie może trwać... to wręcz niemożliwe. I wtedy pojawili się Śmierciożercy, wszystko działo się niby tak szybko, a ja to widziałam w swojej głowie w zwolnionym tempie...
    Zniknięcie Dracona, gdzie on się podział? Czy nic mu nie będzie? Czy wróci i zabierze Hermionę daleko?
    Śmierć Ester... to mnie strasznie zaskoczyło, ponieważ wcześniej nie myślałam, że zabijesz ją. Chociaż, podobne myśli miałam, co do wielu postaci, które Rowling postanowiła zabić. W każdym razie, wciąż nurtuje mnie pytanie, dlaczego Ester poświęciła własne życie dla Hermiony, czemu im pomagała? Jaki miała w tym swój cel?
    Boże, czuję się trochę zdezorientowana taką ilością pytań XD. I mam cichą nadzieję, że odpowiedzi na niektóre z nich znajdę już w następnym rozdziale :).
    Reasumując, rozdział cholernie mi się podoba, zwłaszcza końcówka. Wzbudziła ona we mnie dużo emocji, a opisy jak zwykle wyszły Ci świetnie ^^.
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Hmm, pomysł z balem niezbyt mi się podobał, ale ogólnie rozdział bardzo fajny. Nie spodziewałam się śmierci Ester. Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  18. Jeżeli masz ochotę przeczytać co w Twoim utworze najlepsze, dowiedzieć się jak przedstawiają się Twoi bohaterowie i historia dla czytelnika i jeżeli chcesz uzyskać obszerną ocenę Twojej historii serdecznie zapraszam na: http://krytycznie-czytane.blogspot.com/

    Pozdrawiam,
    Alżbeta

    OdpowiedzUsuń
  19. Rozdział zajebisty *.* tak jak i wszystkie <3 nic dodać nic ująć!

    OdpowiedzUsuń
  20. Cześć:p
    Nie dałabyś rady dziś dodać rozdziału?
    Bardzo mi na tym zależy bo jutro wyjeżdżam nad Srebrne Jezioro, a tam zbytnio nie będę miała dostępu do internetu:(
    Bardzo mi zależy:)
    Dałabyś radę? proszę,proszę,proszę (szkoda,że nie możesz zobaczyć mojej minki smutnego pieska;p)

    Pozdrawiam

    Enim

    OdpowiedzUsuń
  21. I właśnie teraz, po kilkudniowej przerwie czytam o śmierci Ester Silverman.
    Pisałam wcześniej, że nie darzę jej osoby szczególnym uczuciem.
    Tolerowałam ją i nawet, w pewnym sensie, cieszyłam się, kiedy występowała w opowiadaniu.
    Wnosiła tajemnicę i blask.
    Niosła za sobą intrygę, a czerwona peleryna dodawała jej wyższości.
    Czegoś, czego zwykły człowiek nie posiada.
    Takiej.. najczystszej magii.
    A teraz kiedy jej nie ma, czuję pustkę w opowiadaniu.
    Bo jakaś jego cząstka.. umarła.
    Nieparzysta.

    OdpowiedzUsuń
  22. Doczytalam to opowiadanie do tego momentu i mam dosc. Po prostu mi sie nie podoba. Nie podobaja mi sie postacie, ktore wykreowalas. Zimny arystokrata, obojetny, bez uczuc. Hermiona, ktora zamiast byc energiczna, atrakcyjna kobieta jest zagubiona dziewczyna, ktora zostawila przyjaciol, dla nieczulego Dracona. Nie przemowilo do mnie to wszystko :/ Mimo to, pozdrawiam cie cieplo

    OdpowiedzUsuń

Czytelnicy: